Opowiadanie

Wracałem nad ranem wyczerpany rajdem po zapyziałych knajpach. Nieprzyzwoitą porę zdradzały mi zniesmaczone spojrzenia idących na poranną zmianę nieszczęśników. Zazdrościli mi, nienawidzili mnie, brzydzili się. Byli też tacy, którzy mieli mnie całkowicie w dupie. Tym ostatnim stawiam kolejkę, jeśli jakimś cudem spotkamy się kiedyś w alkoholowych oparach. Wódka powoli ze mnie schodziła i czułem zbliżającego się kaca. To jest najgorszy efekt uboczny spożywania alkoholu w nadmiarze. Nie nocne rozboje, gwałty, kradzieże. Nie sikanie w miejscach publicznych, zasypianie na ławkach w parku, nawet nie te pełne obrzydzenia i dezaprobaty spojrzenia idących do pracy ludzi. Nie. Największym nieszczęściem osoby pijącej jest kac. Wiedząc to przezornie zakupiłem przed wyjściem paczkę aspiryny, co powinno złagodzić skutki kolejnej nocy upodlania się. Konkretnie dwunastej z rzędu. Mimo systematycznego wyrabiania się dramatycznie, które miało służyć mojemu rozwojowi mentalnemu, nie napisałem ani słowa. Nie odpaliłem nawet laptopa. Nie jestem z tego dumny, ale też nie jest mi przykro. Mam do tego moralne prawo, wszak jestem artystą.

Kazik Staszewski dobrze znał temat, gdy śpiewał „mój wydawca jest złodziejem”. Sir Buttkiss od wczoraj zdążył zadzwonić sześć razy i tyle samo zostawił irytujących wiadomości na cholernej sekretarce. Chyba ją zwolnię.  Wkurza mnie, no i wiem, że się puszcza. Ale nie dziwi mnie to, bo w mieszkaniu panuje burdel. Jednak zasady i porządek są dla idiotów. My, geniusze, potrafimy żyć w chaosie. Lekko się chwiejąc patrzyłem na stertę śmierdzących ubrań leżących na podłodze, kartony, w których rozkładały się resztki żarcia na telefon oraz wymiętoloną pościel. Starałem się przypomnieć sobie kiedy ją ostatni raz zmieniałem, ale przekroczyło to możliwości mojego umysłu. Gdy aspiryna łagodnie rozpuszczała się w szklance zacząłem obiecywać sobie, że to już ostatni raz, że jak wstanę, to wezmę się w garść, poprawię się, zacznę pisać, znajdę miłość swego życia. Obiecywałem sobie to już dwunasty raz z rzędu.

Jak na złość sen nie nadchodził. W takiej sytuacji najgorszą rzeczą, jaką może zrobić człowiek, to zacząć rozmyślać. Zwykle jest to automatyczne i natrętnych myśli nie da się łatwo odgonić, jednak można wypracować sobie własny system. Moim było „piwo na dobicie”. Wpadłem na ten pomysł już drugiej nocy, gdy po powrocie do domu nie mogłem zasnąć i wierciłem się niespokojny i poirytowany nową sytuacją. Oprócz zielonej butelki lecha nie było nic do picia, więc łakomy opróżniłem ją praktycznie duszkiem. W ciągu kilku minut spałem jak dziecko i śniłem o barbarzyńskich rzeczach, których nad ranem nie mogłem sobie za nic przypomnieć. Może to i dobrze, bo zacząłbym tęsknić do świata, który nie istnieje. Jednak od tamtego dnia zielona butelka lecha czeka zawsze w pogotowiu. Zwlekając się z łóżka pomyślałem, że powinienem postawić obok małą lodówkę, która pełniłaby jednocześnie funkcję szafki nocnej i ostrego dyżuru. Wymyśliłbym tylko jeszcze jakieś czary mary, żeby nigdy nie była pusta i wtedy mógłbym się nazwać najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Zielona butelka lecha stała i czekała. Wierna, chłodna ,wilgotna, otwarta tylko dla mnie i pozwaląjaca mi na wszystko. Każda kobieta powinna być taka, jak zielona butelka lecha.

Zasada kaca jest taka, że zmniejsza on świat do samego siebie. Człowieka, który cierpi na tą przykrą dolegliwość, w tym newralgicznym momencie nic innego nie interesuje. Nic poza własnym kacem. Można by z powodzeniem stwierdzić, że człowiek skacowany nie ma żadnych zainteresowań. Nawet największy fan futbolu na kacu będzie miał w dupie wyniki ostatniego meczu. Zdarza mi się to naprawdę często i za każdym razem jestem wybitnie zdumiony, jakie analizy potrafi przeprowadzać mój mózg, gdy ciało leży obolałe i śmierdzące po grubym opijstwie.

Zacząłem pić dla odprężenia i towarzystwa, podczas mundialu, brydża i randek – dla odwagi. Potem dzięki trunkom, niczym wój Józef, wyrabiałem się dramatycznie, wprowadzałem w życie elementy baśniowe i wzmagałem egzystencję. Potem piłem, bo już nie potrafiłem żyć inaczej, teraz alkohol przynosi mi krótkie chwile ulgi w niekończacym się koszmarze, którzy przeciętniacy zwykli nazywać życiem. Prawdopodobnie podczas następnego etapu alkohol mnie zabije i osiągnę jako taki spokój. Zostanę zakopany w drewnianej jesionce, a robaki powoli zeżrą moje nasączone wódką zwłoki. Piękna wizja.

Alkoholizm jest streszczaniem sobie życia. Pijąc można się zabić, skrócić sobie czas, strescić go. Generalnie zawsze wzbraniałem się przed tworzeniem prozy „pod wpływem”. Iluzją jest twierdzenie, że gorzała przenosi swoje relaksacyjne właściwości na pracę. Nie od dziś wiadomo, że „praca” i „wakacje” nawzajem sie wykluczają. Jeśli podczas upajania, czy na kacu zdarzają się chwile świadomości, tak, jak mi w tym momencie, to jest to świadomość nieuleczalnego nieszczęścia,  świadomość słabości i choroby. Mój alkoholizm jednak nie musi być dobrze uzasadniony naukowo, ponieważ jest on już dobitnie uzasadniony literacko. Jakie życie, taka literatura. A może jest na odwrót?

Przed czternastą obudził mnie telefon od Sir Buttkissa, który po raz kolejny przypomniał mi o tym, jakim jest skurwysynem. Był tak miły i wspomniał także o wiążącym nas kontrakcie. Wstałem z trudem, wykonałem niezbędne ablucje, zapaliłem papierosa i zszedłem do sklepu który mieścił sie tuż pod moim mieszkaniem.
- Malboro metholowe, cztery duże lechy, bułkę i jogurt.
- O jakim smaku?
- Wszystko mi jedno.
- Morelowy mo..
- Wszystko mi jedno!
- 32,50 – baba w sklepie udawała, że obraża ją mój brak zainteresowania jogurtem, ale wiedziałem, że sterczy za ladą już od szóstej, jest zmęczona, nogi jej spuchły i tak naprawdę smak kupowanego przeze mnie jogurtu ma tak samo w dupie, jak ja.

Jestem introwertykiem. Nie lubię ludzi, nie jestem rodzinny, święta, wesela, urodziny, imieniny i wszelkie inne okazje, przy których muszę rozmawiać z ludźmi, których nie lubię, męczą mnie niemiłosiernie. Nie bez powodu uciekam w literaturę i tworzę fikcję. Nie chciałbym żyć na świecie, który opisuję, mimo iż jest o wiele lepszy od tego, co mnie otacza. Nie znaczy to, że jestem złym człwiekiem, po prostu takie geny dostałem, nie mogłem wybierać ani protestować, zatem wybrzydzanie po fakcie najzwyczajniej  nie ma sensu. Lepiej jest nauczyć się z tym żyć.

Papieros, zielona butelka lecha, telefon.
- Co się z Tobą do kurwy nędzy dzieje? Od dwóch dni masz mnie kompletnie w dupie, a ja tu kurwa gwiezdne wojny toczę, żeby nie cofnęli ci umowy! Czy możesz mi kurwa wyjaśnić łaskawie, co się dzieje?
- Imperium kontrakatuje.
- O czym ty kurwa mówisz?!
- Chodź na drinka. Tam, gdzie zawsze.
Nie lubię tego lizodupa, ale o biznesach najlepiej się gada przy kieliszku.

    - Naprawdę nie chcę się przypieprzać…
    - To się nie przypieprzaj.
    - Od roku nic nie napisałeś. Żadnej powieści, opowiadania, nowelki nawet.
    - W konwencji nowelkowej odnajdywała się Eliza Orzeszkowa. Nie potrafię prowadzić pseudobotanicznych wynurzeń przez sześć stron i być z tego dumnym.
    - Pogadajmy poważnie. Potrzebujesz pracy.
    - Potrzebuję świętego spokoju i natchnienia.
    Sit Buttkiss był kiepskim wydawcą i kiepskim negocjatorem. Był też jedyną osobą, która ze mną rozmawiała i potrafiła wytrzymać moje chamstwo.
    - Pijesz jak baba – spojrzałem z pogardą na wódkę cranberry i to jeszcze z sokiem.
    - Nie mam żelaznego gardła, jak ty, bardzo mi przykro. Ale jak mnie wypierdolą z roboty z twojej przyczyny, to pewnie się wyrobię.
    - Dramatycznie.
    - Co?
    - Z czym?
    - Napisz coś.
    - Napiszę twój nekrolog, jak mnie za bardzo nie upieprzysz krwią, to może nawet pokuszę się o mowę pogrzebową. Joli by się spodobała. Jest ostrzejsza niż ty.
    - Zadzwoń, jak się ogarniesz – nie wiedziałem, dlaczego każda wzmianka na temat żony Buttkissa natychmiast kończyła konwersację.
    - Bywaj.
    Zamówiłem kolejnego drinka. W rozmyślaniu nad tym, dlaczego idę po równi pochyłej i czego mi w życiu brakuje, by osiągnąć pełnię szczęścia przeszkodziła mi dziewczyna.
    - Czy mogę się przysiąść? – zapytała.
    - Jeśli nie ma obok kartki z napisem „rezerwacja”, to każdy może tu usiąść.
    - Czytałam gdzieś, że picie w samotności jest oznaką choroby alkoholowej. Siedząc obok pana będę sobie wyobrażać, że lubimy razem wybić drinka w całkowitym milczeniu.
    W taki sposób poznałem Basię.

Wypiliśmy w milczeniu dwa drinki. Potem ona wyszła, ale jej zapach mówił mi, że spotkam ją tu znowu. Nie myliłem się. Nazajutrz siedziała w tym samym miejscu, pijąc tego samego drinka. Nie podszedłem od razu, tylko stałem w drzwiach i patrzyłem. Wydawała mi się taka oczywista, a z drugiej strony nie mogłem rozgryźć, dlaczego aż tak mnie fascynowała. Może to jej włosy pachnące hibiskusem, a może sukienka, która tak bardzo do niej nie pasowała. A może po prostu to ja odbity w jej oczach wyglądałem jak dobry, przyzwoity człowiek. Poczułem, że chciałbym tak wyglądać już zawsze. Usiadłem obok. Nie musiałem zamawiać, barman już od dawna wiedział co pijam. Siedząc z nią w milczeniu pomyślałem sobie, że mógłbym to opisać.

Mógłbym opisać ten bar przesycony oparami tytoniu, alkoholu oraz spoconych amatorów bilarda czy innych piłkarzyków. Bar, do którego „przyzwoici obywatele” nie zaglądają. Mógłbym opisać odpalającego peta od peta barmana, którego wielki kubek z fioletowym kotem śmieszył mnie wielce, dopóki nie wypiłem jego zawartości i myślałem, że skonam. Mógłbym opisać smak drinka, jego proporcje oraz uczucia jakiego doznaję, gdy przechylam szklankę a on rozgrzewa mi gardło i przełyk. Mógłbym wreszcie opisać ją, siedzącą tuż obok, jej włosy pachnące hibiskusem i sukienkę, która tak bardzo do niej nie pasowała. To, w jaki sposób odgarniała włosy lub delikatnie na brzegu szklanki zataczała kółka. Jej czerwone paznokcie, spojrzenie miodowych oczu pytające czy zamawiamy jeszcze jedną kolejkę. Mógłbym opisać to milczenie.

Dla niektórych szczęściem jest spotkać osobę, z którą można porozmawiać o problemach społecznych, gospodarce i polityce. Być może także o marzeniach, wspólnych planach na przyszłość. Szczęściem może być także opowiadanie o tym „jak ci minął dzień” i innych duperelach. Szczęściem także mogą być kłótnie, po których ludzie się godzą, czego częstym efektem jest skotłowana pościel. Dla mnie w tamtym momencie szczęściem było spotkać Basię, osobę z którą bez skrępowania, zażenowania i zakłopotania mogłem posiedzieć i pomilczeć. Pomyślałem, że mógłbym opisać to szczęście.

  • Share/Bookmark