Szłam.
W szarym podkoszulku szłam. Niespiesznie. Przez aleję zieloną. I pusto wokół mnie było i cisza. Cisza szła ze mną, nie było jej we mnie, ale była obok. Nie przestawałam, szłam przed siebie. We mnie emocje grały nieokiełznane, jak orkiestra bez dyrygenta. Chciały wydrzeć się na zewnątrz, ulecieć, lecz ciało moje było barierą nie do przebicia. Więc kotłowała się w środku mnie mieszanka strachu, gniewu, nieświadomości, podziwu, zmęczenia i czegoś, co budziło bezsilność. Pociągałam mnie ta mieszanka do tego stopnia, że nie mogłam przestać iść, mimo że czułam strach nie do opanowania. Nigdy bym nie przypuszczała, że mogę tak czuć.
I szłam. Szeroka aleja kojarzyła mi się z państwowymi ogródkami działkowymi, gdzie dziadek miał swoją małą działeczkę. Tam też była długa, szeroka żwirowa aleja. Dużo drzew i zieleni. Dużo przestrzeni. I staw, przy brzegu którego polowałam na żaby.
Ale szłam. Obok mnie dziewczyna w czerwonej koszulce, czarnych kręconych włosach, zebranych w kucyk. Czułam, że ją znam, ale była dla mnie bezimienna. Szła obok, bez słowa. I nie zdradzała żadnych emocji, szła, jakby wiedziała, co nas czeka. I ja też wiedziałam, ale myślałam, że to jeszcze nie teraz, że zanim dojdziemy, to jeszcze może się wszystko zmienić. Ona nie myślała, po prostu szła.
Więc ja też szłam. I z nami był chłopak w czarnej koszulce z aparatem. Też wiedział, po co idzie, lecz nie przerażało go to. Ciągle robił zdjęcia w taki sposób, jakby miały one być jego ostatnimi. Miałam rażenie, że także nie podzielał mojego strachu. Podziwiał piękno alei, którą szliśmy. Pomyślałam wtedy, że może oni mają rację, że może nie ma się czego bać.
No więc szłam. Szłam z nimi. Z dziewczyną w czerwonej bluzce i z chłopakiem, który ciągle robił zdjęcia.
I irytowało mnie, że oni nie czują, nie rozumieją, co się stanie. Nie rozumieją dlaczego idziemy właśnie tą, cholerną aleją. A już z oddali było widać cel. Mój strach doszedł do granicy krytycznej, kiedy nogi nie chciały już iść dalej. Kiedy pomyślałam sobie, że nie chcę zostać spakowana w worek po mące i spłonąć, że lepiej byłoby dostać kulkę w łeb i zginąć w miarę bezbolesny sposób. Lepiej byłoby za pomocą trucizny, niż w tym piecu…
- Ja chcę to wszystko odwołać, ja chcę to negocjować, ja chcę to przełożyć, ja chcę w inny sposób… na pewno nam pozwolą, w końcu co za różnica! – krzyczałam do dziewczyny w czerwonej koszulce i do chłopaka z aparatem.
Nie rozumieli mnie, a ja nie wiedziałam dlaczego…