Kobieta pracująca, czyli czejndżes
czwartek, Marzec 18th, 2010Z kobiety bezrobotnej stałam się kobietą pracującą. Nie rozumiem tego stanu. Do tej pory było tak, że wstawałam, jak mi się chciało. Jeśli dzień wcześniej urządzałam „ladies drama”, to nie wstawałam wcale. Ot, taka babska fanaberia. Do tej pory było też tak, że robiłam coś, jak mi się chciało. Rzecz jasna „after ladies drama” nie robiłam nic. Sielanka.
Nadszedł jednak czas ogarnięcia kuwety. No to ogarniam.
Dziś pobudka o 8.00, szybkie ablucje i kawka. Ponieważ zmiany zachodzą w moim życiu, postanowiłam też zjeść śniadanie w formie małej kanapki. Może z czasem dojdę do pełnowartościowego posiłku o poranku, ale przecież nic na siłę, nie? Potem ząbki, buciki, ajpodzik obowiązkowo na uszy i w drogę. Punkt 10.00 odhaczam listę w pracy i jak z bicza trzasł robi się 19.00. W między czasie tak zwanym, wypijam dwa litry niegazowanej i wciągam ze smakiem wątróbkę w Metro. Wracam do domu o zmierzchu z Leszkiem w torebce modląc się, żeby nikt nic już ode mnie nie chciał. Nikt nic nie chce, więc odprawiam ablucje, oglądam CSI Miami, opróżniam Leszka z rozkoszą i płodzę marnej jakości wpis na blogu. Budzik na jutro nastawiony na 7.45 – daję sobie piętnaście dodatkowych minut na prasowanie koszuli i rozważenie opcji skonsumowania dwóch kanapek z rana. Przed snem kontrolnie sprawdzam stan zaopatrzenia chlebaka, co by nie doznać uczucia dyskomfortu o świcie. Odpędzam od siebie złe myśli. Te dobre, ale niewłaściwe w swej istocie też odpędzam.
Póki co kuweta jest w miarę ogarnięta. Jeszcze trochę śmierdzi, ale po pierwszej wypłacie wymienię piaseczek na nowy i będzie cacy.

