Archive for January, 2010

Onet pl (nie?!) dla idiotów

Friday, January 29th, 2010

Jeśli nie masz umierającego dziecka, lub nie umierasz sam, nie cierpisz na nieuleczalną przewlekłą chorobę, albo nie zmarła Ci ostatnio bliska osoba, to nie ma sensu, żebyś startował w konkursie Blog Roku, który organizuje portal Onet.pl.

Dlaczego? Sprawa jest absurdalnie prosta – tragedia najlepiej się sprzedaje. Widać to na przykładzie globalnym. Świat zwrócił pełne współczucia oczy na Haiti dopiero wtedy, gdy klęska żywiołowa praktycznie zrównała ten kraj z ziemią. Widać to również na naszym podwórku, widać to w polskiej blogosferze. W zeszłym roku najlepszym blogiem został uznany pamiętnik dziewczynki, która cierpi po stracie Taty. Ten blog nie był kunsztowny pod względem literackim, był po prostu nasączony bólem i rozpaczą i to przesądziło o jego zwycięstwie. Nie twierdzę, że to źle, ale może w takim razie Onet zamiast konkursu “Blog Roku” niech zrobi konkurs “Blog Męczennika Roku”, albo osobną kategorię “Chorzy, umierający i cierpiący” i wtedy sprawa nie będzie już taka żenująca.

Żeby nie było – nie mam pretensji. W końcu to tylko zabawa. Zastanawia mnie jednak dlaczego redakcja Onetu traktuje blogerów, jak idiotów, którym da się wcisnąć każdy kit? Nie będę wklejać całej mojej korespondenci z niejaką panią Haliną, bo mam wrażenie, że Pani ta ma problem z czytaniem ze zrozumieniem. Sens całe dyskusji był jednak taki, że chciałam się dowiedzieć dlaczego bez mojej wiedzy i zgody redakcja Onetu “zadecydowała, że mój blog lepiej pasuje” do kategorii z goła odmiennej od tej, do której pasuje według mnie. Na moją sugestię iż wydaje mi się, że to bloger sam najlepiej wie, o czym pisze i jaką etykietkę można przypiąć jego twórczości, Pani Halina z redakcji Onetu stwierdziła, że na obecnym etapie konkursu nic już nie da się zrobić.

No i proszę mi powiedzieć, czy to jest poważne traktowanie uczestników konkursu? Wydawać by się mogło, że uczciwie byłoby chociaż poinformować blogera o zmianie kategorii i zapytać go, czy w takim wypadku nadal ma ochotę uczestniczyć w konkursie.

Mam nauczkę na przyszłość, żeby nie pakować się w tego typu żenujące konkursiki. Nie będę naciągać moich znajomych na wysyłanie esemesów, które zasilą kabzę Redakcji Onetu, a na koniec nawet nie dowiem się ile głosów dostałam. Wygrać i tak nie wygram, bo niestety -  nie mam mukowiscydozy ani inne przewlekłej i nieuleczalnej choroby, depresji poporodowej nie posiadam także, nikt z rodziny szczęśliwie mi nie umarł i ja również nie umieram. W związku z czym kariery w polskie blogosferze, według onetowskich standardów, nie zrobię.

  • Share/Bookmark

Piosenka na dziś

Thursday, January 28th, 2010

Tak to właśnie wygląda, że zamiast siedzieć i uczciwie pracować, to ja grzebię w youtube. Wyniki tego grzebania jednak bardzo mnie satysfakcjonują, ponieważ odnalazłam zagubiony przed laty utwór. Gdzieś miałam całą płytę, ale podejrzewam, że nadgryzł ją ząb czasu. Zatem thank God we have youtube! Życzę miłego słuchania i polecam też inne klipy z serii Beautiful World.

p.s. co do konkursu – ogłaszam bojkot Onetu. A dlaczego, o tym w następnej notce.

  • Share/Bookmark

Dwie kropki…

Saturday, January 16th, 2010

Zaczął się drugi etap tego wspaniałego targowiska próżności. Jako, żem próżna do szpiku kości startuję, rzecz jasna. Etap drugi jest bardzo ważny, bo tylko pierwsze pięć miejsc gwarantuje wejście do etapu trzeciego. Etap drugi kończy się w czwartek.

W sumie nie wiem, dlaczego redakcja Onetu wrzuciła mnie do kategorii “Ja i moje życie”, skoro powszechnie wiadomo, że jestem “Absurdalna i offowa”. No cóż… nie odpowiedzili mi (jeszcze) na moje pytanie. Póki co mam dwie kropki…

Tutaj się na mnie głosuje —> o TUTAJ!!

W tym miejscu powinnam napisać, że “nooo weźcie, dajcie mi szansę, nigdy nic nie wygrałam. Możecie to zmienić!”. To w sumie nie byłoby kłamstwem, zwykle w konkursach różnej maści bywałam co najwyżej druga. Nie będę jednak wchodzić Wam na psychę. Napiszę zatem tylko: jak mnie lubicie, to zagłosujcie – jak wygram laptop, to dam Wam sprawdzić pocztę :)

  • Share/Bookmark

Droga, czyli sen…

Tuesday, January 12th, 2010

Szłam.

W szarym podkoszulku szłam. Niespiesznie. Przez aleję zieloną. I pusto wokół mnie było i cisza. Cisza szła ze mną, nie było jej we mnie, ale była obok. Nie przestawałam, szłam przed siebie. We mnie emocje grały nieokiełznane, jak orkiestra bez dyrygenta. Chciały wydrzeć się na zewnątrz, ulecieć, lecz ciało moje było barierą nie do przebicia. Więc kotłowała się w środku mnie mieszanka strachu, gniewu, nieświadomości, podziwu, zmęczenia i czegoś, co budziło bezsilność. Pociągałam mnie ta mieszanka do tego stopnia, że nie mogłam przestać iść, mimo że czułam strach nie do opanowania. Nigdy bym nie przypuszczała, że mogę tak czuć.

I szłam. Szeroka aleja kojarzyła mi się z państwowymi ogródkami działkowymi, gdzie dziadek miał swoją małą działeczkę. Tam też była długa, szeroka żwirowa aleja. Dużo drzew i zieleni. Dużo przestrzeni. I staw, przy brzegu którego polowałam na żaby.

Ale szłam. Obok mnie dziewczyna w czerwonej koszulce, czarnych kręconych włosach, zebranych w kucyk. Czułam, że ją znam, ale była dla mnie bezimienna. Szła obok, bez słowa. I nie zdradzała żadnych emocji, szła, jakby wiedziała, co nas czeka. I ja też wiedziałam, ale myślałam, że to jeszcze nie teraz, że zanim dojdziemy, to jeszcze może się wszystko zmienić. Ona nie myślała, po prostu szła.

Więc ja też szłam. I z nami był chłopak w czarnej koszulce z aparatem. Też wiedział, po co idzie, lecz nie przerażało go to. Ciągle robił zdjęcia w taki sposób, jakby miały one być jego ostatnimi. Miałam rażenie, że także nie podzielał mojego strachu. Podziwiał piękno alei, którą szliśmy. Pomyślałam wtedy, że może oni mają rację, że może nie ma się czego bać.

No więc szłam. Szłam z nimi. Z dziewczyną w czerwonej bluzce i z chłopakiem, który ciągle robił zdjęcia.

I irytowało mnie, że oni nie czują, nie rozumieją, co się stanie. Nie rozumieją dlaczego idziemy właśnie tą, cholerną aleją. A już z oddali było widać cel. Mój strach doszedł do granicy krytycznej, kiedy nogi nie chciały już iść dalej. Kiedy pomyślałam sobie, że nie chcę zostać spakowana w worek po mące i spłonąć, że lepiej byłoby dostać kulkę w łeb i zginąć w miarę bezbolesny sposób. Lepiej byłoby za pomocą trucizny, niż w tym piecu…

- Ja chcę to wszystko odwołać, ja chcę to negocjować, ja chcę to przełożyć, ja chcę w inny sposób… na pewno nam pozwolą, w końcu co za różnica! – krzyczałam do dziewczyny w czerwonej koszulce i do chłopaka z aparatem.

Nie rozumieli mnie, a ja nie wiedziałam dlaczego…

  • Share/Bookmark

If I were a boy…

Thursday, January 7th, 2010

Nie wiem czy wiecie, że istnieje specjalistyczne Forum Telenowel, na którym można sobie pogadać na wiele ciekawych tematów. Między innymi mężczyźni (?*) rozprawiali o tym, co by zrobili, gdyby stali się kobietami. Pomysłów było sporo. Na przykład pewien pan napisał, że ciągle chodziłby w szpilkach, inny z kolei, że ciągle oglądałby siebie nago. Był też wpis ” pokazałabym tym wszystkim “sexi-lejdis” w szkole, jak się robi makijaż, i jak się modnie ubrać bez idiotycznych złotych butów, złotych pasków, złotych kurtek i złotych torebek“. Było jeszcze kilka innych wyznań, ale żaden facet nie napisał, że chciałby dowiedzieć się, jak to jest mieć okres, skurcze macicy albo urodzić dziecko… bez znieczulenia, w całkowicie naturalny sposób. No jasne, bo kto by chciał, nie?

Tak sobie pomyślałam, że gdybym ja była facetem, to nie gapiłabym się w lustrze na swoje genitalia, nie chodziłabym w dziwnych trampkach i nie pokazywałabym kolesiom, że chodzenie w białych skarpetach do sandałów jest zdecydowanie niefajne, tak samo jak brud za paznokciami. Nuda. Jakbym miała być facetem przez jeden dzień to…

…obudziły by mnie gorące usta i łiski na lodzie. Prysznic, misterne ułożenie włosów za pomocą ręki, zero golenia – kilkudniowy zarost i dizajn na Hanka Mudiego byłyby moimi znakami rozpoznawczymi. Ponieważ miałabym nienormowany czas pracy, po porannych ablucjach wpadłabym do mojego kumpla rockmana, pobrzdąkałabym na jego gitarce wychylając przy okazji kilka wódek z sokiem, wszak trzeba dostarczać witaminy do organizmu. W między czasie zjawiłyby się “koleżanki” i tak czas zleciałby nam do popołudnia. W porze lanczowej wpadłabym do firmy, a stwierdziwszy, że jest pora lanczowa wypadłabym z firmy na lancz. Przy podwieczorku, na który składałaby się wódka z sokiem, sprawdziłabym pocztę, red tuba i fejsbuka, co by mieć o czym z kumplami pogadać wieczorem w barze. W tymże barze poznałabym Anię, czy inną Mariolę, zabrałabym ją do domu i po dwóch godzinach klepnięciem w tyłek oznajmiłabym jej, że taksówka czeka. Na koniec wódka z sokiem, papieros, drapu drapu po jajkach, głośny bąk, ząbki, paciorek i spać…

… największą jednak radochę miałabym prawdopodobnie z sikania na stojącą i nie wykluczone, że jeśli natura by mi pozwoliła, robiłabym to cały dzień.


* jeśli ktoś, kto ma męsko brzmiący nick a przy nim zdjęcie brazylijskiej aktorki, to jeszcze facet, czy już baba?

  • Share/Bookmark