O tworzeniu toruńskiej kultury słów kilka

Miało być o czymś innym, ale lekko się zbulwersowałam. Więc w czasie, kiedy będę zażywać relanium i zaparzać melisę, przeczytajcie artykuł pana Grzegorza Giedrysa “Studenci nie tworzą toruńskiej kultury” opublikowany w piątkowej Gazecie Wyborczej.

Toruń, studenckie miasto. Fiesta, sjesta i piwo w promocji w knajpach. I oczywiście zero ingerencji w życie kulturalne miasta, nie licząc tego piwa naturalnie. Taki jest, uproszczony, obraz toruńskiego studenta według toruńskiego dziennikarza. No cóż, jest w tym trochę racji. Promocyjne ceny trunków (nie zawsze luksusowych) kuszą, a i do książek czasem zajrzeć trzeba.  Koneserzy kina, teatru, czy też wernisaży wolą obcować z kulturą wyższą biernie. Brak aktywistów jest głównym zarzutem Pana Giedrysa pod adresem toruńskich studentów. Dziennikarz ten wytoczył mocne działa i zaczął ostrzał campusu. Nie zadał on sobie jednak trudu, aby zastanowić się skąd wynika bierność studentów, a czasem i niechęć do tworzenia toruńskiej kultury.

Przede wszystkim warto, aby Pan Giedrys zauważył fakt, że znaczna większość z tych 32 tysięcy studiujących w Toruniu, jest w tym mieście “przelotem”. Przyjeżdżają, tu przez pięć lat studiują, wydają pieniądze, odbierają dyplom i przenoszą się do innych, często większych i lepiej rozwijających się ośrodków. Brak pracy i mgliste szanse na jej zdobycie nie pozostawiają złudzeń, że Toruń – choć piękny – zaściankiem ekonomicznym jest. Trudno się spodziewać, że student, który nie planuje związać się z Toruniem na dłużej niż okres studiów, będzie poświęcał swój wolny czas, aby działać (za darmo!) na rzecz miasta , z którym nie chce się związać i które w gruncie rzeczy jest mu obce. Jest to dla mnie rzecz oczywista, którą Redaktor Giedrys zauważył dopiero w ostatnim akapicie i którą zdecydował się potępić.

“Obce są im [czyli studentom przyp. ja] programowe i estetyczne polemiki na temat polityki kulturalnej miasta oraz formy naszej walki o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku. Nie ma co marzyć, aby w najbliższej przyszłości pojawiła się jakaś młoda formacja, która miałaby podać zastany ład w wątpliwość.” No cóż, Redaktor Giedrys najwyraźniej nie odrobił zadania domowego, którym dla każdego dziennikarza powinno być przygotowanie rzetelnego reserchu. A wystarczyło tylko sprawdzić, z jakimi “młodymi formacjami” ESK współpracuje i najzwyczajniej w świecie zapytać je o zdanie. Dowiedziałby się wtedy na przykład o tym, że od roku istnieje Stowarzyszenie Hanza Team, które z ESK i współpracą z tą organizacją wiązało wielkie nadzieje. Nadzieje, które skutecznie i brutalnie zabiła Pani Dyrektor biura nie robiąc absolutnie NIC, aby zaangażować młodych, ambitnych i aktywnych ludzi w promocję miasta. Już pomijam fakt, że działania podjęte w ramach walki Torunia o miano Europejskiej Stolicy Kultury przypominają raczej nieśmiałe popierdywanie artylerii niż prowadzenie wojny totalnej. Owszem, pewnie ESK ma kilka miotaczy na podczerwień i troszkę broni laserowej, ale Pani Dyrektor najprawdopodobniej dopiero czyta instrukcję, jak to działa.

Dlatego nie dziwi mnie, że toruńscy studenci widząc skostniały system powoływania kadr do toruńskich instytucji kulturalnych uznali, że bardziej niż aktywnego uczestniczenia w tworzeniu toruńskiej kultury brakuje im piwa za 2,90.


A już tak zupełnie na marginesie – litościwie nie napiszę (zbyt wiele) o tym, jak bardzo stronniczy jest artykuł Redaktora Giedrysa, który nawet nie pokusił się o to, żeby wyjść z redakcji i zapytać studentów, dlaczego oni mają to wszystko w dupie. Ja wiem, że zimno i pada i zimno i pada. Ale czy aby na pewno na tym polega dziennikarstwo?

UPDATE

Kopia tej notki poszła do redakcji toruńskiej Gazety Wyborczej. Niecierpliwie czekam na odzew :)

  • Share/Bookmark

28 Responses to “O tworzeniu toruńskiej kultury słów kilka”

  1. Krzysztof Says:

    Ależ Panno Olgo, wszystkie artykuły Pana Giedrysa tak jak jego koleżanki redakcyjnej Natalii Waloch są poparte wieloletnimi badaniami i setką zapisanych stron w notesie osobistym, który nieodzownie toważyszy podczas poszukiwań nowego tematu na arcyartykuł w największej opiniotwórczej gazecie w Polsce…..

  2. olga.letycja Says:

    Aż chciałoby się odnieść do każdego słowa w tym artykule, ale czytelnicy mają mózgi i myślę, że sami wyciągną wnioski :)

  3. Magda Lena Says:

    Bezwzględna szczerość, ale może warta zachodu, jeśli ktokolwiek z redakcji szacownej GW to przeczyta i skomentuje… chociaż na to drugie raczej bym nie liczyła. Jak mówi stare porzekadło, lepiej się miło zaskoczyć, niż się niemiło rozczarować. Po raz kolejny…

  4. kaczy Says:

    Nie czytam gazet i prawie w ogóle nie oglądam telewizji. Rozumiem oburzenie, ale… dla mnie osobiście pojęcie “dziennikarska rzetelność” brzmi wielce abstrakcyjnie. Nie czytam (gazet), nie słucham (radia) i nie oglądam (TV). Jak ktoś twierdzi, że nie jestem przez to wcale mądrzejszy to jego zdanie. Moim zdaniem- przynajmniej nie jestem przez to głupszy. Nie mam też potrzeby (przynajmniej z tego powodu) picia melisy.

  5. olga.letycja Says:

    Nikt nie twierdzi, że jesteś głupszy. Co najwyżej masz więcej czasu na pożyteczniejsze rzeczy, ale… Rzecz polega na tym, że zanim ktoś zaczyna krytykować, warto by było, aby zapoznał się z całością sprawy, a nie tylko z wybranymi elementami, które popierają z góry ustaloną tezę. Artykuł, który skomentowałam jest dramatycznie stronniczy i nierzetelny. Gdyby był to felieton – z definicji subiektywny, nikt by się nie czepiał.
    Dziennikarz nie może być obiektywny, nie ma takich ludzi, którzy nie kierowaliby się emocjami i własnymi przekonaniami przy wydawaniu sądów. Jednak dziennikarz może, a nawet ma obowiązek być rzetelny, przedstawiać czytelnikowi wszystkie możliwe punkty widzenia, a nie tylko jeden.

  6. ortograf pornograf Says:

    tekst godzący w samo serce problemu. bo generalnie nie w tym problem, że Pan Redaktor tym razem nie przyłożył się do zadania. aby zrozumieć, że teksty Redaktora Giedrysa również należą do raczej godzących w samo serce wielu problemów, proponuję zajrzeć na redaktorskiego bloga. warto też spojrzeć na życiorys faceta. należy on bowiem do tych, którzy do Torunia wpadli na studia i już tu zostali, przyczyniając się jednocześnie do jakiegoś tam rozwoju kultury+łapiąc nie najgorszą fuchę w znanej firmie:p jak widać – możliwe, nawet w takiej kociej dolinie, jak Toruń:p

    jednakowoż – przyznać należy Olgo, że wreszcie ktoś miał odwagę “oficjalnie przy mikrofonie” nazwać problem, za co szacunek należny Tobie oddaję:D Toruń to sympatyczna prowincja. miasto ominięte przez wielką industrializację. jeszcze do niedawna tłamszone żywiołem fortecznym, dziś zaś tłamszone jebanym betonem w sektorze tzw. kultury. zero pomysłu, zero chęci, paradoksalnie – pieniędzy chyba więcej, aniżeli pomysłów i chęci razem wziętych. co tu jednak realizować i co dotować, jeśli lwia część inicjatyw lansowanych przez skanseny w stylu ESK ma rangę powiatowych odpustów? (gminnych, kurwa – nie powiatowych…)

    w Polsce mamy jakieś 40 miast liczących sobie ponad 100 000 mieszkańców. a to tylko Polska. W Chinach miasta 10 razy większe wyrastają na pustyni w ciągu trzech tygodni:p
    skoro już wiemy, że jesteśmy mali, zróbmy coś, żebyśmy nie byli chujowi.a tu wszystko w rękach urzędników. skoro dzięki naszemu kredytowi zaufania maja przyzwoite pensyjki i ciepłe posady, może odwdzięczyli by się nieco, pozwalając rozwijać się oddolnym inicjatywom?

    tutaj jednak dochodzimy do rzeczy podstawowej, która zauważyłaś powyżej. nikt nie pójdzie do teatru, a już na pewni nikt tego teatru nie zacznie robić, jeśli nie ma tej przysłowiowej parówkowej, którą do gara włożyć by można. więc może wydarzy się wreszcie cud i uniwersytet przestanie być największym pracodawcą w tym mieście. a nawet niech i sobie będzie. wymyślmy jednak coś pośredniego między praca na uczelni, a pracą w hipermarkecie. i niech to będzie w Toruniu, a nie w Warszawie, Gdańsku, czy Poznaniu. wtedy i młodzież bardziej będzie skora do utożsamiania się z tym zakątkiem świata.

  7. filip Says:

    prawda ze z kulturą w toruniu to różnie bywa. nie wiem jak to wygląda w takiej instytucji jak esk i nie wiem jak wyglada w innych instytucjach, ale wiem, że studenci często zajmuja się wolontariatem kulturalnym. i ostatecznie to robia troche więcej niż by się mogło wydawac. sporo jest akcji, które bez studentów i ich zaangażowania oraz kreatywności nie miałyby miejsca.

  8. Krzysztof Says:

    Panie ortografie oczywiście, że istnieje wsparcie dla inicjatyw oddolnych, kiedy pójdzie się do urzedu po prośbie można usłyszeć:
    “Macie pomysł i swoją kase to róbcie, o ile nic od nas (urzędników) chcieć nie będziecie.”

    W sumie jakby się zastanowić, to jest to o wiele bardziej zajebiaszcza sytuacja niż np. była w czasach soccenzury. Prawda?

  9. 1000 metrów w linii prostej od Ratusza Says:

    Pani Olgo.
    Tekst prawdziwy, chwilami dosadny, jednakże nachodzi refleksja, czy aby nie wymagamy za dużo od studenckiej braci? Etap elitarnego klubu przyszłych pracowników (głównie umysłowych), czyli studentów, mamy w Polsce już dawno za sobą. Znak czasu.
    A poza tym, czy musimy zrzucać na barki studentów odpowiedzialności za być albo nie być da Torunia jako kulturalnej stolicy Europy? Według mnie jest to sporym nadużyciem w stosunku do chęci i możliwości nas – studentów.
    A Toruń był, jest i będzie zaściankiem.

  10. ortograf pornograf Says:

    opisany przez Ciebie rodzaj “wsparcia” jest tylko doskonałą ilustracją tego, że politycy kłamią. nic odkrywczego. no i nawet nie można im mieć tego za złe, bo taki dżob. jedynym prawdomównym politykiem w historii świata jest obecny prezydent islandii. przed wyborami powiedział”będę miłym facetem” i dotrzymał słowa:) ale na naszym podwórku to obok betonu w magistracie i niektórych jego koloniach, brak chyba przede wszystkim wizjonera. człowieka, który w sposób nietypowy “sprzeda” miasto. i niech nawet ten wizjoner ma te wizje pod wpływem dragów. w takim wypadku jestem gotów płacić nadzwyczajny podatek, z którego pokryjemy jego hobby:)

  11. Krzysztof Says:

    Ale niech jest zaściankiem szlachetnym skoro na szlachecki nie te czasy :)

  12. Krzysztof Says:

    Sprzeda miasto? To mi się kojarzy z neoJudaszem

  13. ortograf pornograf Says:

    neoJUDASZ! tak nazwijmy program odprowincjonalniania torunia

  14. Krzysztof Says:

    Ja myślę że jak się rozrusza projekt BigBiT City to wchłoniemy całą młodą twórczość zza miedzy.
    Oni tam mają podobno zajedwabiste inicjatywy młodzieżowe wspierane przez włodarzy! :]

  15. Tomasz Says:

    Ten artykuł, pomijając jego stronniczość oraz masę innych wad, pokazuje jednak pewną tendencje w Toruniu. Chodzi mi o brak zaangażowania studentów w życie kulturalne miasta. Fakt, że większość studentów w Toruniu nie pochodzi z tego miasta nie oznacza, że muszą w nim pozostać i tutaj działać. Duża część studentów, i to nie tylko tych z toruńskich uczelni, chce zdobyć jedynie tytuł magistra i nie zamierza mieszać się w jakiekolwiek życie kulturalne. Sama atmosfera panująca w Toruniu nie sprzyja jakimkolwiek działaniom studentów. Władze miasta wolą postawić kolejny pomnik pieska, kotka czy innej pierdoły, zamiast wspierać studentów, którzy chcą coś zrobić dla tego miasta. Sytuacja na UMK też nie sprzyja działalności studentów… bo student nic nie może i na nic kasy nie dostanie. A tak na marginesie, ten artykuł sprawia wrażenie pisanego na zamówienie. Może nieudolne władze miasta wiedzą, że tytułu ESK nie będziemy mieć i zawczasu przerzucają odpowiedzialność na studentów.

  16. Krzysztof Says:

    Bo student w toruniu to szmata, którą się wyciera wszystkie brudy. Jak coś się dzieje nie tak, to zawsze na studenta. Studenci wszystkich wydziałów połączcie się! Trzeba zorganizować marsz milczenia, bo cóż innego pozostało… w milczeniu przyjąć na klatę. Wszystko student culpa.

  17. ortograf pornograf Says:

    no jo. za jakieś 200 lat, kiedy będziemy już jednym wielkim miastem, nikt nie będzie się bawił w dociekania, skąd płynie ta życiodajna siła młodych twórców.czy z wschodniej, czy z zachodniej części metropolii. póki co, mamy natomiast bydgoszcz, którą programowo uznajemy za miasto brzydkie. a jak brzydkie, to generalnie do dupy. zapominamy natomiast, że nawet co bardziej skomplikowane technicznie spektakle odbywające sie w ramach”kontaktu” jadą do szanownego tyfusowa, bo tam maja chociaż infrastrukturę z prawdziwego zdarzenia. akustykę też lepszą, niż nad wisłą.i ogólnie-muzyczni bardzo są:)

  18. ortograf pornograf Says:

    bo każdy student to pijak. a każdy pijak to złodziej!:)

  19. kaczy Says:

    Droga Olgo, żyjesz w błędnym przekonaniu. Dziennikarzowi nie płaci się za rzetelność (coś takiego jak “rzetelność dziennikarska” w moim mniemaniu po prostu zupełnie nie istnieje). Dziennikarzowi płaci się za pisanie tekstów- często wyssanych z palca i nie potwierdzonych jakimikolwiek wywiadami ze środowiskiem o którym się piszę. Tekstów często bezsensownych merytorycznie i na bardzo niskim poziomie. Mamy przecież mnóstwo prasy do której to artykuły pisze się zwyczajnie “na kolanie”. Im niższy poziom tym większy nakład gazety, bo przecież “ludzie to kochają”, nieprawdaż?

    Nie napisałem, że czuję się głupszy nie czytając gazet, czy nie oglądając TV. Napisałem, że jeśli nawet nie jestem przez ten fakt w jakiś sposób mądrzejszy to przynajmniej nikt nie pierze mi mózgu. Od czasu do czasu wpada mi w ręce jakaś gazeta, artykuł w internecie i za każdym razem czytając ten zlepek myśli dziennikarskiej podnosi mi się ciśnienie lub pojawia mi się na twarzy uśmiech (w zależności od ogólnego nastroju). Czytam głównie artykuły związane z moim zawodem, albo z moim hobby, np. z lotnictwem. W obu przypadkach poziom dziennikarski jest tak niski, że nie można nawet powiedzieć, że sięgnął dna. W mojej ocenie jest to dno i 7 metrów mułu.

    Zdanie o dziennikarzach wyrobiłem sobie już dawno- zarówno dzięki publikowanym przez nich tekstom jak i poprzez osobiste kontakty z reprezentantami tegoż “zacnego” zawodu (prasa, dziennikarze TV różnych stacji). Jeśli chce się być “Prawdziwym Dziennikarzem” trzeba być po prostu “Prawdziwą Szmatą”. Bez urazy dla prostytutek- te mają chociaż jakieś zasady i zdecydowanie bardziej się szanują niż dziennikarze. Artykuł musi być “na wczoraj”. Możliwie jak najszybciej. Trzeba go skończyć i przejść do następnego. Jest kiepski? Brakło czasu, może kolejny będzie lepszy (słowo “kolejny” niekoniecznie musi dotyczyć tego następnego). Istnieje oczywiście jeszcze coś takiego jak prasa fachowa i tutaj można spodziewać się ambitnych artykułów na ambitny temat- ale nie o takiej prasie i nie takim poziomie dziennikarstwa tutaj dyskutujemy.

    Dochodzimy tu jednak również do pewnego błędnego koła. Ludzie przecież (na szczęście nie wszyscy) kochają wszechogarniającą nas tandetę, kicz i sensację. Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że większość ludzi to idioci niepotrafiący używać mózgu, nie mający własnego zdania. Przecież to dla nich wydaje się największe “szmatławce” i to dla nich robi się (czyt. kopiuje z zagranicznych stacji TV) największe “szoł” telewizyjne (np. 10-ta już edycja “Tańca z ludźmi którzy być może znają gwiazdy”). Mamy więc w tym kraju niski poziom dziennikarstwa (nie ma co liczyć na rzetelność), aktorów z łapanki (gdzieś z przystanków autobusowych w “Warszawce”), gwiazdy jednej piosenki (bo nawet nie jednej płyty) i równie niski poziom polskiej kinematografii (4-ty, a może już 6-ty film z serii “kochaj i płacz” – zgubiłem się w obliczeniach, bo nie śledzę na bierząco).

    I Ty mi mimo tego wszystkiego mówisz, że jakiś tam artykuł opublikowany w jakiejś tam gazecie jest nierzetelny? Bądź poważna! ;)

  20. Oświadczenie | Oficjalna Strona Stowarzyszenia Hanza Team Says:

    [...] towarzyszące opublikowanemu dnia 9. listopada 2009 roku tekstowi Pani Olgi Długokęckiej (link), pragniemy zauważyć, że zawarte w powyższym opinie nie wpisują się w oficjalne stanowisko [...]

  21. Krzysztof Says:

    Kaczy, ale są jeszcze w tym kraju dziennikarze, którzy dobrze wykonują swój zawód. Niestety media średniej półki i tej najniższej brukowej zalewają rynek taką masą informacji kiepskiego poziomu, że na zasadzie stereotypu wyrabiasz sobie zdanie na temat całego zbioru pod jedną etykietką “dziennikarz”.
    W takim razie idąc tym tropem (kto cokolwiek publikuje) pisząc mojego bloga mógłbym siebie również nazwać dziennikarzem, którym oczywiście nie jestem.

    Powstaje też pytanie – kto to dziennikarz – czy osoba po dziennikarstwie? Czy może ktoś ze stażem 30 letnim dopiero ma prawo siebie nazywać dziennikarzem. Ostatnio modne jest bycie “reporterem społecznym” czy jak to tam zwą. Kiedyś na takich mówiło się konfident i donosiciel :)

    Wg. mnie dziennikarstwo jak każdy wykonywany zawód ma swoje rekiny pływające przy powierzchni, średniaków czyli jakieś płocie, a na dnie pływają glonojady z brukowców. I gdzieś tam jeszcze leżą upadłe (roz)gwiazdy przysypane piachem czasu, które może kiedyś morze wyrzuci na światło dzienne. W tym dziennikarskim akwenie każdy obiera jakąś rolę, pływa tam gdzie lubi (lub raczej tam gdzie musi bo gdzie indziej nie może).

  22. olga.letycja Says:

    Kaczy, jakkolwiek zgodzę się z Tobą w kwestii miernoty podawanej masom w postaci gazet tabliodalnych, tak nie generalizowałabym twierdząc, że nie ma w Polsce rzetelnego dziennikarstwa. Otóż jest. Oczywiście, można się nie zgadzać z merytoryką tekstów pisanych do “Polityki” przez Żakowskiego, czy Paradowską, ale do warsztatu tych dziennikarzy przyczepić się nie można.
    I w przeciwieństwie do Ciebie nie postawiłam krzyżyka na polskich dziennikarzach, bo wydaje mi się, że nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Inne artykuły Grzegorza Giedrysa nie są złe, a sam Redaktor ma całkiem fajne pióro. W tym konkretnym jednak wypadku coś mu się nie dało i napisał, przepraszam ale tak uważam, jednostronnego gniota. Od Gazety Wyborczej, która reklamuje się jako największa OPINIOTWÓRCZA gazeta w kraju, należałoby wymagać przynajmniej sprawdzenia informacji, którą się podaje czytelnikowi. W tym wypadku informacje nie zostały sprawdzone, co zresztą udowadnia pan Nikodem Pręgowski: http://miasta.gazeta.pl/torun/1,35576,7248659,Pregowski__Torunska_kultura_nie_chce_studentow.html

  23. Jarosław Hebel Says:

    Nie znam Torunia, niestety… nie znam tamtych realiów, więc… ufam Tobie ;) Dobrze, że wysłałaś kopię tego tekstu do toruńskiej redakcji “GW”. Radziłbym też wysłać do centrali “Gazety Wyborczej” na adres e-mail: sekretariat.naczelnych@agora.pl Z reguły odpowiadają… ;)

    Pozdrawiam Cię bardzo ciepło! :)

  24. kaczy Says:

    Trzeba by sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie czym jest “dziennikarska rzetelność” (zdefiniować odpowiednio to pojęcie). Moim zdaniem jest to pojęcie abstrakcyjne, ale… nikt nie każe Ci się ze mną zgadzać. Czy im innym jest też “dobry warsztat” i “fajne pióro” a czym innym w moim rozumowaniu “dziennikarska rzetelność”. Nigdzie nie napisałem, że nie ma artykułów, które “miło i przyjemnie się czyta”. Wspomniałem również o tzw. prasie fachowej, w której to mniej lub bardziej, ale w jakimś stopniu fachowe artykuły się pojawiają.

    Niestety, gnioty zalewają rynek prasy- niezależnie od tego, czy jest to “największa opiniotwórcza gazeta w kraju”, czy też najzwyklejszy “szmatławiec” znaleźć w nich można wiele gniotów. Nie chodzi tylko o brak wywiadów z opisywanym przez siebie środowiskiem. Często jest też tak, że nawet jeśli taki wywiad został przeprowadzony to efekt końcowy (czyt. gotowy artykuł) i tak jest jednym wielkim gniotem, bo dziennikarz tak czy siak ujął temat “po swojemu” bez sprawdzenia jakichkolwiek informacji choćby w google (co zajęłoby 5 minut dodatkowej pracy). Nie sprawdził, bo co? Bo brakło czasu, bo artykuł musi być jak najszybciej oddany, co w końcu “nie za to mu płacą” (w jego własnym mniemaniu).

    Zdaję sobie sprawę, że wyrażana przeze mnie opinia jest krzywdząca dla całego środowiska dziennikarzy- również tych wybitnych jednostek (ze szczególnym uwzględnieniem słowa “jednostek”). Niestety z czegoś ona jednoznacznie wynika. Są gazety które nie nadają się nawet do zawijania ryb, nie mówiąc o czytaniu. Są jednak i takie do których zerkać warto, ze względu na starannie opracowane artykuły, które przyjemnie się czyta. Niestety ta “najbardziej opiniotwórcza” prasa do nich w moim skromnym mniemaniu nie należy.

  25. olga.letycja Says:

    Rzetelność to w moim rozumowaniu to przede wszystkim sprawdzenie informacji, którą podaje się czytelnikowi i przedstawienie opisywanego zagadnienia z punktu widzenia nie tylko jednej strony, ale wszystkich, których dane zagadnienie dotyczy. W tym wypadku aż prosi się o mini sondę ze studentami i wypowiedź na przykład kogoś z placówek kulturalnych, np dyrektora Muzeum Okręgowego. Gdyby te dwa elementy zostały zawarte w tekście, to można byłoby uznać, że autor przynajmniej próbował poznać stanowisko wszystkich zainteresowanych. Tymczasem nie próbował i, jak już udowodnił mu Pan Nikodem Pręgowski (linkowany powyżej), autor delikatnie mówiąc, minął się z prawdą. To jest brak rzetelności dziennikarskiej.

    Poza tym popyt kreuje podaż. Dziennikarstwo jest mierne, bo jest przyzwolenie czytelników na mierne teksty. Tak jest z tabloidami. Nie byłoby ich, gdyby ludzie nie kupowali tego typu gazet. A że kupują, więc wynika z tego, że rajcuje ich czytanie SE czy Faktu. Gdyby jednak ludzie zapragnęli lektury lepszych tekstów, jestem przekonana, że takie teksty by się pojawiły. Bo nie wierzę, że dziennikarz piszący dla SE jest kretynem i nie potrafi pisać lepiej. Myślę, że potrafi, ale skoro każą mu pisać w taki sposób, to on pisze. Jakoś na chleb trzeba zarabiać. I nie mylmy tego ze “sprzedawaniem duszy”, czy “kurwieniem się”. Bo ideologii do garnka nie włożysz, zupy z niej nie ugotujesz.
    Jeśli zmieni się mentalność czytelników i zechcą oni powiedzieć “stop” tandecie i miernocie, zmieni się także jakość prasy krajowej. Póki co za mało ludzi mówi “stop”, więcej mówi “mam to w dupie, nie czytam gazet”, a znaczna większość łyka tą miernotę bez popitki. A ja się na to nie godzę. i już :)

  26. olga.letycja Says:

    Jarku, ten tekst już wywołał niemałe zamieszanie na rynku lokalnym, więc chyba wysyłanie go jeszcze do Warszawy nie jest dobrym pomysłem… chociaż skonsultuję się i rozważę tą opcję… :)

    pozdrawiam

  27. Krzysztof Says:

    @olga – Często i gęsto dziennikarze pracują dla kilku tytułów z różnych półek. Ci co mają wyrobione nazwisko podpisują się pełnym imieniem i nazwiskiem w tych z wyższej półki, a pseudonimem pod tymi np. w bulwarówce, tabloidach czy nawet czasem w gazetce z makro czy żeanta. Tak jak piszesz – trzema mieć za co jeść w nadzei na lepsze zlecenie. Na szczęście czasy się zmieniają i jest alternatywa – zamiast pisać do szmatławców mierne teksty podpisując się inicjałami albo ksywką, mogą założyć swojego bloga, gdzie już kajdanów w postaci naczelnego nie ma. Na blogu każdy może wyrazić to co tak naprawdę myśli – spuścić z pióra – pokazać swój cały warsztat. Z drugiej strony, czytałem gdzieś że jest więcej sprzedajnych bloggerów niż dziennikarskich prostytutek, więc…. tak naprawdę gucio wiadomo czy tekst jest szczery, czy czasem ktoś nie poprosil by był taki jaki jest.

    I właśnie po to, każdy człowiek rodzi się z wolną wolą, własnym sumieniem i inteligecją, a z biegiem czasu zyskuje mądrość która przychodzi z doświadczeniem i każdy może sam wyrobić sobie zdanie na jakiś temat nie koniecznie słuchając tego co pitolą w TV czy w gazetach. Trzeba czerpać z różnych źródeł i mieć własne zdanie. Precz z opiniotwórczością za zeta pińdziesiąt.

  28. Paolo Says:

    No jest bulwersja na ten temat… ale o co chodzi?

Leave a Reply