Królewna z drewna na ziarnku grochu, ale
dobrze jej z tym…
Jak byłam mała, to rodzice nie za bardzo pochwalali moje wielogodzinne przesiadywanie u koleżanek. Dopiero gdy relacje przybierały bardziej przyjacielską formę, a rodziciele jednej i drugiej strony zdążyli się już zaprosić na kawę, wzajemne wizyty nie kłuły już tak w oczy. Jednakowoż nawet w przypadku bardzo zaawansowanej przyjaźni nie uchodziło mi przebywanie w cudzym domu po 22:00 oraz w niedzielę. Bo niedziela to dzień rodzinny i bez zaproszenia nie wypada go zakłócać.
Może zatem to kwestia wychowania, a może mojego antyspołecznego podejścia do życia i wrodzonego introwertyzmu. A może to po prostu zwykła moja egoistyczna wygoda. Nie wiem. Ale nie znoszę, gdy po domu kręcą się obcy ludzie. Nie znoszę, gdy „wpadają na ploteczki” bez uprzedzenia. A kiedy już wpadną, nie znoszę, gdy wychodzą po północy. A najbardziej nie znoszę, gdy kręcą się po domu, wpadają na ploteczki i wychodzą grubo po północy ludzie, których nie zaprosiłam i których nie znam. Nie znoszę, kiedy bardzo chcę spać, ale nie mogę, ponieważ jacyś obcy ludzie nagle stwierdzili, że to w moim salonie najfajniej pije się wódkę. Nie znoszę, kiedy natężenie głosu pijących wódkę wzrasta z każdym kieliszkiem. Z każdym ich kieliszkiem wzrasta także stan mojego wkurwienia, którego żaden człowiek nie jest w stanie objąć swoim umysłem. Bo taki rodzaj wkurwienia zwyczanie nie mieści się w głowie. Podobnie, jak rodzaj bezczelnści ludzi, którzy w tym samym czasie piją wódkę i wybornie się bawią.
My home is my fucking castle, w którym chcę być śpiącą królewną, ale tylko w wypadku, kiedy sama żrę zatrute jabłko, a nie wtedy, gdy ktoś mi je na siłę wciska do gardła. Mój dom to moja enklawa i to ja decyduję, kto, kiedy i w jakim celu może w niej przebywać. Bo w domu mam prywatność i intymność. Coś, czego nie noszę na plecach, coś o czym nie każdy musi wiedzieć. Dom to dystans, który stwarzam między mną, a ludźmi, z którymi obcuję. Prywatna strefa, do której powinna być ostrzejsza selekcja niż do najmodniejszych klubów „Warszawki”.
Bo towar, który może mieć każdy, przestaje być atrakcyjny…
… a obiecałam sobie, że będę pozytywna… cóż, może następnym razem.

Październik 11th, 2009 at 18:51
Ja nawet nie mam domofonu – każdy, kto chce wejść do mojego domu, musi się zapowiedzieć :)
Cieszy mnie to – bo nie jadam zatrutych jabłek i delektuję się niedzielą z lampką białego wina :)
Współczuję…
Rozumiem.
Październik 11th, 2009 at 18:55
A ja Toie zazdroszczę… No cóż, tak to jest jak się nie ma domu, tylko mieszkanie studenckie. Mam nadzieję, że już niedługo :)
buziaki i przybywaj do Torunia!!
Październik 11th, 2009 at 22:41
będę w weekend w Toruniu…
może w końcu uda nam się spotkać na piwko?
Buziaki
Październik 12th, 2009 at 07:25
Hehe. Byle nie do fking kastle ;-) szyszy
A myślałaś nad kamerką? ;> Są małe, niedrogie, do tego monitorek :) (monitorek schować, coby „goście” nie wiedzieli, że takowe coś posiadasz)
Październik 12th, 2009 at 11:13
Olgo… nic dodać, nic ująć… :) Pełna zgoda, tak po prostu… ;)