O największym marzeniu z dzieciństwa i rzeczach, których już nie ma
Sunday, August 30th, 2009Przyśniły mi się bardzo wczesne lata mojego dzieciństwa. Tak gdzieś między 89 i 92 rokiem, kiedy to już niby wolna Polska, ale nie do końca było wiadomo, co z tą wolnością zrobić. To był chyba najbardziej beztroski czas i mam z niego najfajniejsze wspomnienia. Tyczą się one rzeczy, których już nie ma, a które wspomina się z łezką w oku. Na przykład gumy donald czy gumy turbo, które traciły smak po trzech przeżuciach, ale i tak się je kupowało, bo były w nich albo mini komiksy albo zdjęcia samochodów, na które nikogo nie było stać. Nie ma już szklanej litrowej butelki z pepsi kolą, a dam sobie rękę uciąć, że ze szkła smakuje inaczej niż z plastiku. Nie ma już mleka w dużych szklanych butelkach i śmietany w małych, a miały takie zajebiste kapsle… Nie ma już wafelków w sreberkach, mordoklejek i lodów bambino. Trzeba się nałazić, żeby gdzieś jeszcze dostać prawdziwą oranżadę w butelce, albo oranżandkę w proszku, której żaden szanujący się dzieciak nie rozpuszczał w wodzie, tylko oblizanym paluchem wyjadał wprost z opakowania. Komu, do ciężkiej cholery, te rzeczy przeszkadzały??
Najwiekszy raj to był jednak w Peweksie – sklepie, który był synonimem luksusu i dobrobytu. Peweks miał zawsze najładniejsze wystawy, a i panie sklepowe były jakieś fajniejsze, dobrze ubrane i zawsze się uśmiechały. Nawet po tak zwanej transformacji ustrojowej, w moim rodzinnym mieście Peweks był najlepszym sklepem. Jako gówniarz wielce nieletni potrafiłam stać przed wystawą i gapić się na te wszystkie rzeczy, których mieć nie mogłam, a które były przedmiotem porządania każdego normalnego dzieciaka. No i mieli tam Barbie, Keny, Domki, Ciuszki i inne akcesoria, bez których żadna Barbie i żaden Ken nie mógłby żyć. Ale lalki mnie tak nie podniecały, chociaż skłamałabym, gdybym powiedziała, ze WCALE nie chciałam mieć chociaż jednej Blondyny O Idealnych Wymiarach. Mi się marzyło coś innego. Marzył mi się szampon do włosów Johnson&Johnson. Ale nie ten zwykły, tylko No More Tears, czyli ten, co jak wpadnie do oczu, to nie szczypie. Brak szczypania pobudzał moją wyobraźnię, wierzyłam szczerze, że on nie szczypie i chciałam go sobie napakować do oczu i smiać się, jak ten bobas w reklamie. Chyba jeszcze nigdy nie zwierzyłam się z mojego największego marzenia z dzieciństwa – umycia głowy szamponem Johnson&Johnson No More Tears.
Jasne, teraz to sobie mogę go kupić w każdym sklepie. Jednak od czasu, gdy miałam pięć lat nauczyłam się, że reklamy kłamią, a w najlepszym wypadku nie mówią całej prawdy. I boję się, cholera jasna, że jak kupię Johnsona i on zacznie szczypać, to stracę najfajniejsze wspomnienia z mojego dzieciństwa. Zresztą, to na bank nie jest ten sam szampon, co kiedyś.
A propos zajebistych wspomnień: ma ktoś jeżyka i go nie potrzebuje? Jak tak, to ja chętnie wezmę :)


