…bo rower jest wielce ok…

Gnana potrzebą resetu wzięłam rower i  zostawiłam za sobą miasto. W towarzystwie Asi, męża jej Mariusza i Ediego oraz S. oczywiście. Przejechaliśmy się pociągiem do Ciechocinka, gdzie na dworcu dołączyła do nas Aga i taką ekipą ruszyliśmy w stronę Nieszawy. Po drodze zahaczyliśmy o sklep firmowy Kodaka (bo S. zapomniał karty do aparatu) i PoloMarket (bo S. chciał coś do żarcia). W międzyczasie nastąpiły przetasowania rowerowe, czyli każdy na każdego aż w końcu ustaliła się konfiguracja mniej więcej pierwotna, z tą różnicą, że Mariusz prowadził Criusera z koszyczkiem i kwiatko-dzwoneczkiem, a ja pomykałam na góralu z milionem przerzutek. I było genialnie.

dsc_5455Nasze pojazdy

Z Ciechocinka do Nieszawy jest jakieś 9 kilometrów, ale jak się jedzie wzdłuż wału przeciwpowodziowego, to widoki są fantastyczne i w ogóle nie czuć odległości. Stamtąd prostą drogą trafiliśmy do wsi Przypust. Tam na skarpie stoi piękny, drewniany kościół. Żal, bo zamknięty na kłódkę, ale wierząc na słowo siostrze zakonnej, jego wnętrze ma siedemnastowieczny zapach.

dsc_5508Edi ma w sobie żyłkę modela

Celem były Bobrowniki, ale żeśmy wymiękli. Słońce nie dało nam szansy na przetrwanie. Skrótami wróciliśmy do Ciechocinka na pomidorową i risotto a la Aga. Zostaliśmy dopieszczeni kulinarnie i to sprawiło, że zalegliśmy w pozycji horyzontalnej na tarasie.

dsc_5528„Weź człowieku zostawże ten aparat i legnij tu obok”

Oczywiście plan maksimum wymagał od nas, abyśmy z Ciechocinka do Torunia wracali pedałując. Ale my z S. miękkie wafle jesteśmy, więc oznajmiliśmy wycieczce, że my owszem twardziele, ale nie dzisiaj i że czekamy na pociąg. Asia i Edi zostali z nami, a Aga odprowadziła Mariusza do trasy wylotowej, bo Mariusz to perszing i jako jedyny zdecydował się wracać rowerem (potem zresztą dzwonił i mówił, że byśmy i tak nie dali rady, bo zamoczona droga i w ogóle za cienkie bolki na takie hardkory jesteśmy). No to czekając na pociąg, uroczyście zainaugurowaliśmy sezon krótkich rękawków i piwa pod parasolkami.

dsc_5547Tak mi dobrze, tak mi życie rób!

Przepedałowane 35 kilometrów. Oklaski, proszę.

Odprowadziwszy rowery, poszliśmy z S. do „Żaby”, aby dobić się czerwoną warką. Gdy staliśmy w kolejce, do środka weszło trzech ziomali „jołmadafaka”.

- Kolejka jak chuj – mówi jeden.

- W dupie – konstatuje drugi

- Kolejka, kurwa, jak za komuny – podsumowuje wymianę myśli trzeci.

No… Bo w „Żabie”, pół godziny przed zamknięciem, trzeba zabłysnąć górnolotnym tekstem. Nawet, jeśli nie do końca zna się jego znaczenie…

Wszystkie zdjęcia oczywiście autorstwa S.

  • Share/Bookmark

One Response to “…bo rower jest wielce ok…”

  1. czarnacelina Says:

    w Ciechocinku nana- nana.. ( w tle zaś posłyszeć można fenomenalne oklaski) :)

Leave a Reply